„ Jeżeli kochasz zwierzęta jak św.Franciszek, ujrzysz Boga już tu na ziemi, nie twarzą w twarz, ale w spojrzeniu Jego stworzeń”.

alt

 

Mija blisko tydzień odkąd nasz ukochany Porter wrócił na zielone niwa Stwórcy.

Blisko tydzień, ale tak trudno wciąż pogodzić się z tą nagłą stratą. I tak trudno przyzwyczaić się w zastanej rzeczywistości do słowa ‘był’ ..

Zbieram myśli od tylu dni. I cóż napisać?!

W ciszy wieczoru, pośród wspomnień sześciu wiosen. Tylko sześciu.

Czy kiedykolwiek zdawałam sobie sprawę, czytając o tylu psich przyjaciołach za TM , znanych osobiście czy też tylko ze zdjęć, że w tak szybkim czasie i ja podzielę ten ból straty? Choć ona przecież jest wpisana nieodzownie w życie.

Dlatego każdą chwilę jego – dobrą, szczęśliwą trzeba ‘rwać jak świeże wiśnie’.

„Pełno nas, a jakoby nikogo nie było”. Nasz dom, majowy ogród są puste. Miska i smycz w tym samym miejscu stoją. Każdy chce usłyszeć drapanie łapką o drzwi i je słyszy.. Na swojej kanapie w kuchni zdaje się, że leżysz Misiu zwinięty w rogalik i wtulony. Widzimy to. Ale już innymi oczyma. Tymi, które patrzą sercem, które niczym wbudowany w ciało i umysł człowieka projektor, zatrzymało setki slajdów wyświetlanych samoistnie przy każdym wspomnieniu.

W zagajniku, sosny szumią jak wierzby płaczące.. Nad ścieżką, wydeptaną czterema łapami psa-przyjaciela i dwoma stopami człowieka-przewodnika, od tygodnia ścielą się nowe trawy. To ‘ścieżka Portusia’ mówi Tato.

Ostatni raz, to mi dane było z nim nią przejść. Wtedy podświadomie to czułam…

Uwolniony od bólu wenflonu w tylnej łapce, w tak chorym ciele siły wprost z Góry dane, by móc pójść przed siebie. Oczy cieszyłam każdym krokiem, robiłam zdjęcia sercem widząc go idącego przede mną. Byłam blisko, pomagałam iść, podtrzymałam, zerkał na mnie tymi oczyma dobroci, ufności, oddania. Chciał, tak bardzo chciał jeszcze poczuć ciepły wiatr w nozdrzach. Był naszym Wiatrem. Moim.

Ten spacer przemierzam od tamtej pory wciąż do głębi serca, bo wiem.. że z nim, już nigdy się nie powtórzy tu na ziemi. Musimy poczekać. Oboje.

Piszę z potrzeby serca, by podzielić się z Wami moimi wspomnieniami. Choć przecież nasza historia jest jedną z wielu w całym świecie! Chciałabym jednocześnie uniknąć uczłowieczania, choć to tak częste i ludzkie w relacji człowiek-pies.

Chcę Wam napisać po prostu o rzeczywistej miłości jaką żywiliśmy do naszego czworonożnego, pełnoprawnego członka rodziny.

Porter. Źródłowe znaczenie jego imienia to przecież: NIEŚC, WNOSIĆ, PRZYNOSIĆ.

Pojawił się w moim życiu niespodziewanie. Wiedziałam tylko, że chciałam setera, gordona. Nic nie dzieje się bez przyczyny jak się później okazało. Opatrzność pokierowała, że przyjechał do mnie z Kaladanu. Wszystko dokładnie pamiętam, każdą emocję.

Wszystko się zaczęło. Otworzył się przed nami świat zupełnie inny. Świat kynologii, o której nie miałam żadnego pojęcia.

Tyleż wspomnień.

Zachęcona wsparciem i pomocą Ani oraz właścicielek ojca Porcia, Niki i Sandry, spróbowaliśmy sił na wystawach psich. Przyniosły nam one nowe znajomości, miłe spotkania, wymianę doświadczeń, odkrywanie nowych miejsc.

Pierwsza wystawa to Nowy Dwór Mazowiecki, to spotkanie z Chapsiową, jej Tiną, Victorem i Ivy oraz Violą z Cochisem. Za pomoc i zaangażowanie Nice i Sandrze dziękuję. Próby polowe zaliczone na pięknych Kaszubach wraz z Olga i Łukaszem i ich Primusem, miotowym bratem Portka oraz pierwsze spotkanie z Alą, Łukaszem i Leosiem! Przemiły, błogi czas.

Wystawa w rodzinnym mieście Słupsku to pierwsze wspólne zmagania i poznawania się z Alą, Tomkiem i Arniczką oraz Anią i Kresia.

Niezapomniana, kameralna czeska ‘klubówka’ z Ania i Padme, Sandrą i Ollie’m oraz Zuzką i Primerką..pod fachowym okiem sędziów kynologicznych z Włoch, Państwa Ivaldich, hodowców VINCENZO, ojca Portera. Przywieźliśmy stamtąd tytuł Młodzieżowego Zwycięzcy Czeskiego Klubu Pointera & Setera.

Kolejno Bremen i miłe spotkanie z panem Jarosławem i Dreamerkiem, a także Silvią Timmermann, od której zdjęcia Porcia mam do dziś.

Wtedy istniał jeszcze portal Gordon Setter Lover Ning, a ja byłam zupełnie zaskoczona i onieśmielona rozpoznawalnością mojego psa za granicą.

Następnie rodzinne, choć beze mnie, spotkanie na KLUBOWEJ WYSTAWIE WYŻŁÓW w Toruniu’09, na któej Porter był prowadzony przez Anię po tytuł Młodzieżowego Zwycięzcy Klubu Wyżłaoraz jesienna, bratysławska światówka wśród ‘wystawowych sław’… wówczas poznałam Anię Saturniową, Rafała Misialinkę, Evunię Sasim oraz … Lenków, którzy nas bardzo wspierali.

Niewątpliwie bezcenny czas! Wspólne podróżowanie. Planowanie kolejnych wyjazdów. To wszystko głównie dzięki mojej przyjaciółce z czasów studenckich Ani oraz Jackowi z ich biszkopcikowym labkiem, udało nam się zobaczyć ‘kawałeczek’ Europy. Wspaniałe chwile razem. Raz gorące Druskienniki, potem znów mroźne Wilno. Za to w tym miejscu chcę im bardzo podziękować!!

Litwa i Druskienniki zachwyciły mnie podobieństwem ojczystych krajobrazów, bezkresów zieleni i Niemnem. Przestrzenią. W 2010r. udało się nam tam wrócić znów latem na podwójną Międzynarodową Wystawę Psów, organizowaną tam co roku na wielkim zielonym lotnisku w powiększonym wakacyjno-wystawowym składzie: Leonnelków i Lenków. Wszyscy razem spędziliśmy tam niezapomniane chwile… Zwłaszcza w Sejnach nad jeziorem i na .. SORze 🙂 ! Ale przecież przyjaciół poznaje się w biedzie! Cztery gordony powiązane ze sobą więzami krwi rodziców i przodków, a łączące nas – ludzi. Jedyne czego najbardziej żal.. że w tym komplecie nigdy nie uda się już spotkać. Zostały wspomnienia i naręcze zdjęć!

Uroda Porcia niewątpliwie nas zachęcała do tych wojaży wystawowych. Był jednym z najpiękniejszych exterierowo gordonów jakie polska kynologia mogła mieć na przestrzeni lat hodowli tej rasy w naszym kraju, ale uważam, że także i poza jego granicami!! Jednak właśnie uroda, piękno to rzecz gustu, kryterium umowne, ulotne, przemijające. Zwłaszcza we wszelkiego tego typu rewiach jak wystawy psów…

Owszem, osiągnięcia wspólne cieszyły mnie bardzo, ale nigdy nie zależało mi na nich.Nigdy nie były celem. Nie do końca rozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Paweł Lenkowy pewnie nie raz miał dosyć moich pytań: no to jak to jest z tymi cacib’ami?

Tej całej ‘paradzie psich piękności i gry w oceny’ na ringu a tym bardziej pod nim, do tej pory przyglądam się jak człowiek z zewnątrz, często nie pojmując tych prawideł jakie tam mają miejsce. Razem z moim Porciem wystawowo osiągnęliśmy tyle, na ile pozwolił dany nam wspólny czas, w szerokopojętym znaczeniu.. To były dodatkowe nasze chwile.

Wystawy były i zostały dla mnie jedynie okazją do spotkania w gronie przyjaciół i życzliwych pasjonatów psów, wspólnych wyjazdów w plener bądź do urokliwych zakątków poza granicami kraju.

Przyszedł czas, że życie samo zweryfikowało plany i ten wystawowy rozpęd jako formę spędzania czasu. Dziś myślę jednak, z perspektywy czasu, że okoliczności zdrowotne Porcia być może uchroniły mnie przed ‘porwaniem w sidła namiętności hazardzisty’, gdy nie wiedzieć kiedy pies zaczyna stanowić swego rodzaju eksponat, trofeum czy żeton przetargowy w wyścigu po noty i laury, w ciągłym potwierdzaniu czy jest czy nie jest już tym NAJ. Osobiście przekonałam się, że świat wystaw psich piękności jest fascynujący, wciągający, ale też z wieloma cieniami i pułapkami, jak się później okazało. Świat w dużej mierze kompletnie nie mój.

Czasem myślę o tamtej Marcie, zupełnie nieświadomej kynologii, innymi oczami patrzącej nas świat zwierząt, psów rasowych. Ale przecież bez tych sześciu lat różnych doświadczeń – dobrych, ale i przykrych, obserwacji, spotkań z właściwymi ludźmi i zdobywania kyno-wiedzy z Porterem i dzięki temu, że go miałam, nie wiedziałabym tego co teraz wiem. I choć to wciąż garstka, to  jest systematycznie poszerzana, weryfikowana, układana i segregowana, bo to nie przygoda z psem tylko życie z nim. Nie sztuka mieć po prostu psa. Psa rasowego itd.. Sztuką jest go rozumieć i wychowywać, po psiemu, nie po ludzku. Nie w blichtrze jego exterieru, osiągnięć, mody, poklasku i aprobacie ludzi związanych ze światem wystaw, ale w codziennym zmaganiu się z blaskami i cieniami odpowiedzialności za oswojone życie. A to ciągły proces. Proces poznawczego otwarcia się na inny gatunek jakim jest pies, który jako jeden z pierwszych w toku ewolucji zdecydował się żyć z człowiekiem, a nie obok niego.

A życie, ono przewartościowuje wiele, jeśli tylko chcemy przyjmować jego lekcje i wyciągać wnioski.

Porter był dla mnie więcej niż ukochanym przyjacielem. Był darem od Stwórcy, w którym każdego dnia mogliśmy odkrywać piękno i dobro bezinteresownie okazywane. Był psem o wyjątkowej urodzie, choć to dla każdego względne pojęcie, to nie było człowieka, który nie zwróciłby na niego uwagi.
Pieszczotliwie nazywany przez sąsiadkę:
‘O jest moja sympatia! Wie Pani, rzadko zdarza się takie kochane cudo!’
Przez znajomego rodziny przywoływany nie inaczej tylko:
‘ty mój przystojniaku’, a przez dzieci osiedlowe komicznie obwołany ‘gorylem’ ..
Nie raz pytały mnie ‘ Proszę Pani, dlaczego on tak tańczy jak chodzi?’ Podskakuje jak konik w stępie lub kłusie’.
Kruszył serca swoim charakterem. Dla mnie ideał psiej natury, każdemu życzyłabym takiego psa. Wniósł do naszego domu prawdziwą psią dobroć, spokój, komfort spacerów, zrównoważenie i przewidywalność.

 Zawsze blisko, jak cień. Wtulony, cichutki, a tryskający radością każdego wspólnego spaceru.. gdzie wiatr w uszach długich mu grał, czesał włosów frak. Uwielbiałam jak pachniał tym lasem, ziemią i ruczajem dębnickim. Miał jedną nadmierną słabość – kaczki i łabędzie 🙂 Ale przecież był seterem, psem myśliwskim z pasją!!
W całej swej stoickiej elegancji i spokoju potrafił przyprawić nas o szybkie tętno i zachowania graniczące z desperacją!
Pływając w młodzieńczym amoku w stołecznych stawach za kaczkami w jednym z centralnych parków, przy jednoczesnym aplauzie i pogardzie dwóch grup przechodniów, niemal zmusił mojego brata do opuszczenia ‘portek’ i wejścia w zimną wodę, by przywołać do porządku niesubordynowanego podlotka setera.
Ja z kolei klęcząc na brzegu bajorka przy fortach Bema, prosiłam Diego – miejskiego wygę setera, naszego kumpla, zobojętniałego totalnie na kwoki i kwęki, by wypłoszył Portka z wody. Stałam się obiektem niecenzuralnych gróźb, fotografowana przez Panią z wyżłem na kolczatce i w kagańcu, wykrzykującej, że ‘pies morduje małe kaczuszki’. A Porcio niezmordowany usiłował podpłynąć do sunących po tafli stawu, nęcących i sprytnych synantropijnych wodnych ptaków! Z marnym skutkiem, ale co popróbował to jego. Ptaki są cwańsze.
Jako wielki amator podróży wszelakich, skorzystał z otwartych drzwi w aucie na parkingu przed domem spędzając tam kilka godzin na smacznym chrapaniu, podczas, gdy mój brat drugim autem zjeździł niemal całą wieś w poszukiwaniach, zostawiając moją mamę w dzikiej rozpaczy jak ona mi przekaże, że Porcio zaginął bądź został porwany??.
Już dobrze zmierzchało, gdy tracący nadzieję, dostrzegli przeciągającego się ‘podróżnika’ wewnątrz samochodu! ‚Mina psia’ opisana była jako ‚ale o co ten rwetes..zdawało mi się, że mamy gdzieś jechać?!’
Mamę jak kochał, tak jej wyjątkowo lubił chyba robić psikusy, bo ostatniego lata nasza oaza zrównoważenia wypłynęła na sam środek kaszubskiego jeziora Dywan za pięknym łabędziem ani myśląc, by wrócić. Chyba wiedział, że ona nie umie pływać. Pasja silniejsza, seterowi wtedy niestety zdarza się totalnie głuchnąć.
Nie pomogły rozpaczliwe wołania o powrót.
Ta spokojna, ciepła osóbka doznała takiej adrenaliny w głosie, że sprowadziła z drugiego brzegu dwa zastępy kajaków, by odeskortowali na ląd ‘dyzia marzyciela o łabędziach’ !
Nasz Przyjaciel świata, garnął się do każdego stworzenia, przekonywał je do siebie, zjednywał sobie i ludzi i zwierzęta. Spokojem, cierpliwością, łagodnością. Doskonale odczytywał sygnały ostrzegawcze i schodził z drogi nie wdając się w żadne utarczki.Był psem, którego można było być pewnym niemal zawsze w każdych relacjach społecznych! Nie pamiętał urazów. Napadnięty dramatycznie i boleśnie przez mieszańca ‚amstaffa’, nadal merdał do nich ogonem.

Pamiętam szczególnie nasze późne wieczory razem. Porcio często spał na kanapie lub na podłodze tuż obok, przytulony do nóg, gdy ja pracowałam przy komputerze. Spoglądałam na niego zawsze stroskana. Tak duży, tak czuły, tak kruchy..

Budził się na chwilkę, podnosił tylko te swoją czarującą, aksamitną głowę, odnajdywał mnie wzrokiem, jakby chciał zapytać: ‘Jesteś?’.. i sam sobie odpowiadał: ‘Aha jesteś, dobrze, że jesteś’ I zasypiał bezpieczny, spokojny.

Z psem-przyjacielem to uczucie, że samo ‘być’ oznacza dla niego po prostu ‘być’ jako sens istnienia przy przewodniku, opiekunie, ukochanym panu. Wystarczyło odpowiedzieć choćby drobnym gestem, mimiką, by on to wiedział. Dla mnie to jest ta esencja porozumienia międzygatunkowego.

Uczył mnie, swoją obecnością w moim życiu, w życiu mojej rodziny, jak psa rozumieć a nie podporządkowywać. Że sens tej komunikacji człowiek-pies jest o wiele głębszy niż nam się wydaje, gdyż pomost tegoż porozumienia kończy się na słowach, a zaczyna na dialogu niewerbalnym, na gestach, mimice, intonacji głosu, języku ciała, rytuałach. Wszystko to wynika z zasady jaką mam wyrytą w sercu -‘szanuj życie, w każdym przejawie’. Bez niej żadna rozmowa, tym bardziej międzygatunkowa nie jest przecież możliwa. Nieustannie przypominał mi, że my sami, tak jak i one, zwierzęta, jesteśmy nieodłączną częścią natury i trwamy w jej wnętrzu. Lgniemy do niej.

Kochaliśmy go całym sercem! Każdy.

Pośród kolorów życia przychodzą i cienie. Mój przyjaciel żył krótko, a połowę tego życia w cieniu choroby. Drżąc o każdy dzień, z pomocą lekarzy, przyjaciół oraz oczywiście Św.Franciszka udało się oswoić ‘wroga’, dojść z nim do porozumienia. Ale niestety inny wróg przyszedł jak złodziej i uderzył z taką siłą i takim spustoszeniem nie dając nam żadnych realnych szans, by wygrać tę walkę. Walczyliśmy do końca, w nadziei pomieszanej z beznadzieją, bezradnością. Dopiero w obliczu takich dramatycznych chwil, człowiek dogłębnie uświadamia sobie jak bardzo jest odpowiedzialny za stworzenia, które oswoił i pokochał, wziął pod swoją opiekę i jak bardzo są one od nas zależne, jak bezbronne i potrzebujące pomocy. Jak liczy się dla nich jakość życia bez cierpienia! Od początku do końca.

Odchodził cichutko, jak cichutko żył. Ostatnią noc spałam przy nim na dywanie, bliziutko, by mógł czuć moją obecność. Ja i on jak zawsze – chciał być blisko tak samo mocno jak przez całe swoje życie, przytulony do ukochanych nas.
Muskałam tylko jego jedwabistą szatę, aksamitne fafle, wpatrując się w cudną śpiącą główkę i słuchając słabiutkiego już oddechu. Ciężka noc lękiem zajęta, sen zajęczy, łzy, ślady zostawiające na policzkach, gdy serce ludzkie czuło, że serce psie ciszej i wolniej bije..

Metafizyczna chwila czuwania przy przyjacielu…

 

Kiedyś przeczytałam taką sentencję  „Ty, który dałeś mi tak wiele, proszę Cię jeszcze tylko o jedno, o wdzięczne serce”.  W tym miejscu chciałabym podziękować tym, których spotkałam na mojej drodze z Porterem. W pierwszej kolejności czterem sercom: Ani, Gosi, Ali i Olgi.

Aniu, mamo Kaladan.. byłaś z nami dosłownie od początku do końca. Czy wiedziałaś jaki psi skarb nam powierzasz?? Dzieliłaś radość i łzy. Stałaś się przyjacielem. Zawsze gotowa, by wesprzeć i po prostu pogadać. Na przestrzeni tych sześciu lat niezliczone rozmowy i maile o psach, o gordonach, o życiu po prostu. Los połączył nas nawet na jakiś czas, gdzie czasem mogłaś mieć Porcia blisko. Chcę Ci powiedzieć dziękuję raz jeszcze za niego, tak jak to zrobiłam tamtej nocy, gdy także byłaś przy nas, choć tak daleko. Wiedz, że Porter był moim spełnionym marzeniem. Ale marzeniem, którego kształt i wielkość, przekroczyła moje pojmowanie jego realizacji. Dziękuję za zaufanie. Mam nadzieję, że w niczym Cię nie zawiodłam.. choć człowiek jest tylko człowiekiem.

Gosiu, Alu – każda z Was ma część Porcia, a ja miałam część Waszych ukochanych gordonek. Wszystkie trzy zaczynałyśmy nasze życie z gordonami i to nas połączyło. Przetrwałyśmy mimo różnych przeciwności losu. To jest dla mnie najcenniejsze, że dzięki obecności psiego serca, nawiązały się tak piękne relacje międzyludzkie! Wasze bezinteresowne wsparcie, obecność, tyle dobrych słów, uczuć, wspólnych spotkań, wspomnień.. Wiem, że kochałyście mojego Misia. Nigdy tego nie zapomnę. Wierzę, że wiele przed nami. Wystarczy po prostu być.

Olga.. to nasz cenny, dobry duch przyjaciel! Człowiek z wielkim sercem na dłoni dla ludzi i zwierząt. Poznałyśmy się wirtualnie, w trudnym dla mnie czasie oswajania choroby Portka. Za Twoją zaangażowaną pomoc i serce, pouczające rozmowy, dzielenie się radościami i smutkami życia. Dziękuję. Wiem, że teraz Ty potrzebujesz wsparcia, postaram się sprostać. Bo darowane dobro wraca ze zdwojoną siłą!

Alu – CAC w Słupsku był tak niedawno, a tyle się wydarzyło. Każde doświadczenie jest cenne. Cieszę się, że spełniasz swoje marzenia i dziękuje za Twój optymizm i zawsze miłe rozmowy! Na zawsze zapamiętam wspólne wystawy, a już najbardziej jeden wesoły powrót / podwózkę przeładowanym autem z Mamonkiem na kolanach Kasi 🙂

Naszym Lekarzom ze słupskiej ARKI –  pani dr Joannie, pani dr Karinie i panu dr Marcinowi, którzy leczą z sercem. Był czas, gdy ofiarowali nowe życie naszemu Porciowi. Zawsze zaangażowani. Tym razem też, wspólnymi siłami walczyliśmy do końca. Los zadecydował inaczej, ale ich wiedza, pomoc, serdeczność i spokój w pracy ze zwierzetami, promieniowała na nas w najtrudniejszych chwilach. Była nieocenionym wsparciem. W moim sercu jest dla Państwa wielka wdzięczność, bo aby być dobrym lekarzem, trzeba być dobrym człowiekiem.

Sasi – mojej bratniej duszy, która rozumie mnie i moją pasję bez słów. I to, że o niej mogę z nią mądrze rozmawiać. Wiedziałaś ile znaczył dla mnie Porter, bo tyle samo znaczy dla Ciebie Twój Butler. Bo masz w sobie pokłady wielkiej wrażliwości i zrozumienia dla człowieka i zwierząt! Za czas spędzony razem z Porciem, na wakacjach i w Wawie, kiedy przygotowując się do ważnego egzaminu, znajdowałaś chętnie odrobinę czasu, by poświęcić mu chwilę spaceru – dziękuję!

Są jeszcze dwie osoby, którym chciałabym złożyć specjalne podziękowania:

Marci Kurpińskiej i Mai Habrowskiej – cenię sobie niezmiernie dzień, w którym się poznałyśmy. Wasz profesjonalizm, wiedza i doświadczenie, ale najważniejsze – troska o dobrostan zwierząt pokazały mi ścieżkę, którą chcę podążać poznając zwierzęta, które nas otaczają. Za wszelką pomoc w chorobie Portera, rozmowy, cenne wskazówki, wsparcie, przekazaną fachową wiedzę.. Nie zdołam się odwdzięczyć.

 

Wielu ludzi miłośników seterów, i nie tylko spotkałam osobiście, wirtualnie. Za wszystkie spotkania, dobre słowa, że byliście i jesteście. Dziękuje!

Porter był wyjątkowy i wyjątkowy był czas z nim spędzony. Chciałabym, abyście czasem o nim wspomnieli. Był pokładem dobroci i miłości, która wypełnia mi serce, a dzięki temu wiem, jaką relację można budować z Ludźmi i Zwierzętami, bo „Niebo tu na ziemi ma kolor Dobroci”.